Dzisiejszy tekst będzie o pewności siebie. O wewnętrznym przekonaniu, że nic nas nie może powstrzymać. O pielęgnowaniu przeświadczenia o swojej nieomylności, o pasji, o determinacji i o balansowaniu na granicy geniuszu i śmieszności. 

Czytaliście wywiad z CuAt69UsdSng, który przeprowadził Dolareq ze Smart Spin? Dzięki uprzejmości „Smartów” – ja go tylko przetłumaczyłem – rozmowa ukazała się na łamach naszego portalu, w trzech częściach. Na początku podsyłam Wam odnośniki do tej rozmowy, a jak już przeczytacie całość, to wróćcie do czytania niniejszego tekstu, żebyśmy wszyscy wiedzieli, do czego się odnoszę.

Od kiedy pamiętam, imponowali i nadal imponują mi ludzie, którzy są pewni siebie. Tak bezczelnie, bezkompromisowo pewni siebie.

Żeby nie było. Gdy był zajazd, ja nigdy nie podpierałem ścian, chyba, że już świtało, ściana była zmęczona, a ja jeszcze śpiewałem „Hej, Sokoły”. Ze mnie chłop do tańca i do różańca grzańca, ale pewnej granicy otwartości i pewności siebie to nie przeskoczę.

Nie wiem, jaka siła decyduje o tym, jak wysoko zawieszona jest poprzeczka, granica, która określa tę naszą zajebistość – można to chyba nazwać wysokim mniemaniem o sobie. Nie wiem też, czy ta granica w ogóle istnieje. Śmiem twierdzić, że jest to wyłącznie wytwór naszej wyobraźni oraz namacalny dowód na to, że przekonania, które wynosimy z domu, są zarówno naszym błogosławieństwem, jak i ciężarem, spod którego czasem nie potrafimy się uwolnić do końca naszych dni.

W mądrych książkach istnieje pojęcie strefy komfortu. Jeśli nie jesteśmy jednym z uciekających kurczaków, które boją się, że niebo zwali im się na głowę, to często staramy się wykraczać poza ramy naszego bezpiecznego kurwidołka. Ja też nie jestem z pierwszej łapanki, dlatego staram się stale rozwijać, osiągnąć coś więcej. Masturbuję się lewą ręką. Ile dodatkowych synaps łączy się dzięki temu procederowi…

CuAt69UsdSng

Ale wróćmy do poważnej rozmowy, o takiej, cholera, w jaki sposób to nazwać, „średniej” pewności siebie. Średniej, a może standardowej? Tak to chyba lepiej brzmi. Mam tu na myśli, że nie jesteś nerdem, no-lifem, raz bzykasz, raz ciebie dymają – oczywiście urzędnicy – masz masę znajomych, żyje ci się dobrze, żona, dziecko, pies; na myśl o wystąpieniach publicznych nie robi ci się gorąco, za to czujesz zew natury, wyzwanie; przy wódce nie palisz żartów i zdarza ci się pokazać nagą dupę do kamer miejskiego monitoringu – potem żałujesz – i żyjesz dalej – o takim właśnie średnim poziomie pewności siebie rozmawiamy.

Gdy jesteś takim osobnikiem, to właściwie przekraczanie tych granic komfortu nie nastręcza ci większych problemów. Jeśli ich nie przekraczasz, to nie dlatego, że się boisz, tylko dlatego, że żyjesz w grzechu lenistwa i zaniechania. Jakoś leci, to po co dawać z siebie coś więcej, prawda?

I jak już zbudowałem w Waszej wyobraźni obraz człowieka, który jest jako-tako pewny siebie, to powiem Wam jedno – jest właściwie niemożliwe, żeby z ktoś z nas, tak w naturalny sposób, był tak bezczelnie pewny siebie, jak np. CuAt czy Phil Hellmuth. Choćbym się samogwałcił tą lewą ręką od kołyski i miał pewność, że jestem mistrzem świata w tej dyscyplinie, to wyżej wymienieni goście i tak wyszliby przed szereg i powiedzieli, że to oni byli prekursorami leworęczności w mojej branży i że ich ichność jest najichniejsza.

To nie jest żaden kompleks ani przytyk z mojej strony. To jest bardziej podziw, pogarda, zazdrość, niezrozumienie, zrozumienie i tysiąc innych, często wykluczających się wzajemnie określeń, na to, że można być tak święcie przekonanym o swoich racjach. Jak to mówili „ci młodzi wilcy”?

Problem (?) z takim podejściem do życia jest jeden – jest to wieczne balansowanie na granicy: pychy, „bucowatości” i cebulactwa. Przekonanie o swojej wyższości, niezachwiana wiara w to, że zawsze mamy rację, czy też bronienie swojego zdania, nakłada na taką osobę konieczność głośnego mówienia o swoich przekonaniach i zakreślania coraz to szerszych granic swojego terytorium. Gdy zdarza się tak, że ten samiec alfa jednak się myli, wszyscy mają go za pospolitego ćwoka i buraka pastewnego.

Najpiękniejsze w tym wszystkim jest to, że ten ponadprzeciętnie pewny siebie osobnik nie słyszy tego, co o nim się mówi, lub nie chce tego słyszeć – a jeśli nawet, to nie przyjmuje do wiadomości tego, że może nie mieć racji. Mam takie dni, że podziwiam tych z podejściem „I don’t care” za to, a mam też takie, że ich postawa doprowadza mnie do śmiechu, czasem do łez politowania.

Jeśli czytaliście wywiad z CuAt69UsdSng, to widzieliście, jaka pewność bije z tego, o czym on mówi na temat swojego grindowania pięćsetek czy tysiąców. Znajduje się na pokerowym szczycie i nie boi się mówić o tym otwarcie, że jest najlepszy – ostatecznie, że plasuje się w czwórce najlepszych graczy na świecie. Na szczyt doszedł ciężką pracą, a jego wrodzona – tego za cholerę nie da się nauczyć – pewność siebie i determinacja (to już bardziej) sprawiła, że jest tam, gdzie jest. Gdy ja zastanawiałem się czy tworzyć kolejne synapsy, czy jednak pojechać starą szkołą, prawą ręką, on rozkminiał drzewka ze scenariuszami.

Phil Hellmuth
Phil Hellmuth

Dlaczego nie rozumiemy zwycięzców?

W naszej kulturze strasznie ciężko mówi się swobodnie o sukcesie. Nie ma co się dziwić. W szkole od razu dostajemy filtr od systemu, bo mówią, że chwalipięta i że samochwała w koncie stała. Za to przeciętność jest bardzo w porządku, bo większość z nas, mimo ogromnego potencjału, zamyka się w ramach przeciętności. To jest na nasza polska strefa komfortu – bezpieczny kurwidołek – już drugi raz dziś tutaj przeze mnie przywoływany. Słabość, dołowanie – o… to jest najlepsze. Wszyscy to rozumiemy, cieszymy się, że komuś jest gorzej. Ale wyższość, sukces, ponadprzeciętność, czy wręcz mistrzostwo… To nie jest mile widziane. Nie jesteś już nasz, bo ci się udało. Opuściłeś nasze pueblo. Jesteś inny. Odejdź.

Zachowując skalę, CuAt69UsdSng i Phill Hellmuth mają wiele ze sobą wspólnego. Są absolutnie pewni siebie. To są midndsetowe bestie, które – przynajmniej w tym pokerowym świecie – od zawsze były zorientowane na sukces. Maszeruj albo giń, prawda?

Czy to coś zmienia, że „Poker Brat” wybuchnie od czasu do czasu przy stole? Nic. On ma 15 bransoletek WSOP, a świat zostaje daleko w tyle. Czy to coś zmienia, że CuAt powie tu i tam, że jest najlepszy? Nic. To on wdrapał się na szczyt i o ile mi wiadomo, to na szczycie spinowego świata rządzi i dzieli.

Nie wiem tylko, czy ciężka praca napędza pewność siebie graczy z niezachwianą wiarą w siebie, czy to ta pewność siebie motywuje ich do ciężkiej pracy. Efekt jest taki, że obaj osiągają ponadprzeciętne sukcesy. A że ktoś czasem uzna ich za pyszałków, wręcz klaunów – nic to nie zmienia – a już na pewno nie dla nich. Oni wiedzą, co mają robić, i robią to dobrze.

Podziwiam, szanuję, szydzę z, wyśmiewam. Podziwiam, szanuję, szydzę z, zazdroszczę, wyśmiewam. Podziwiam…

monster series lipiec 2018 PartyPoker

The post CuAt69UsdSng i Phil Hellmuth – dlaczego nie rozumiemy zwycięzców? appeared first on PokerGround.com.

Powered by WPeMatico